Od „Jak zarządzać czasem w 5 minut”, przez „Psychologię koloru w segregatorach”, aż po „Kurs czytania z ruchu chmur”. No dobrze, z tymi chmurami trochę przesadziłam, ale tylko trochę.
Przez lata byłam mistrzynią brania na warsztat wszystkiego, co brzmiało choć trochę interesująco.
Nowy kurs? Idę w to!
Fajni ludzie na warsztacie? Zapisujcie mnie!
Moja głowa wręcz tańczyła z radości na myśl o kolejnym impulsie wiedzy.
Niestety - kolekcjonerstwo wiedzy to najmilsze kłamstwo, jakie funduje nam mózg. Ale prawda jest taka, że od samego patrzenia na hantle jeszcze nikomu biceps nie urósł. W biznesie jest tak samo – prawdziwy mięsień przywództwa budujesz dopiero wtedy, gdy wyłączasz szkolenie i wdrażasz z niego choć kawałek - np. idziesz pogadać z zespołem o tym, co u nich kuleje.
W pewnym momencie musiałam więc sama przed sobą stanąć w i powiedzieć: STOP! Gosia, zdecyduj się. Albo będziesz wieczną studentką „ciekawych rzeczy”, albo zaczniesz je w końcu wdrażać i budować biznes, który działa bez Twojego nadzoru 24/7!
John C. Maxwell powiedział: „Nie dryfujesz w kierunku świadomego życia — decydujesz się na nie”.
Prawdziwy zmiany zaczęły się u mnie nie wtedy, gdy zapisałam się na setny kurs, ale wtedy, gdy podjęłam DECYZJĘ: co odpuszczam, żeby mieć miejsce na to, co naprawdę ważne i co prowadzi mnie do wyznaczonego celu. Bo decyzja to koniec dryfowania. To moment, w którym przestajesz płynąć tam, gdzie akurat wieje wiatr „okazji”, a zaczynasz płynąć tam, gdzie jest Twój spokój i zysk.
Przyznaj się bez bicia – ile masz na koncie kupionych kursów i szkoleń, które „brzmiały super”, a potem… życie (czyt. klienci) Cię dogoniło? 😂
Napisz w komentarzu swoją najbardziej „egzotyczną” inwestycję w rozwój!